"Uroczystość Bożego Ciała przypada zwykle na początek pory deszczowej. Powypalane trawy zaczynają się zielenić. Powysychane rzeki i strumyki zapełniają się na nowo rwącą wodą. Nie ma możliwości dojechania do wiosek tych najdalej położonych od naszej misji. Trzeba pokonywać pozrywane mosty, błoto i ostre kamienie. W porze deszczowej przebyć taką drogę jest praktycznie niemożliwe. Dojechać można tylko do niektórych kaplic, położonych przy trochę lepszej drodze. Podczas takiej wyprawy trzeba zatrzymać się parę dni w każdej z wiosek, odprawić tam mszę, wyspowiadać wiernych, ochrzcić katechumenów i w miarę możliwości zaradzić ich potrzebom zabierając ze sobą trochę soli, mydła i lekarstw. Na obchody uroczystości Bożego Ciała nie da się dotrzeć do wszystkich miejsc jednocześnie. Proszę sobie wyobrazić, że przeciętna Parafia w Republice Środkowoafrykańskiej ma zazwyczaj kilkanaście kaplic i nie więcej niż dwóch kapłanów. Większość naszych Chrześcijan świętuje te uroczystości bez Eucharystii. We wioskach nie przechowuje się Najświętszego Sakramentu. Modlitwy niedzielne prowadzone przez katechistów skupiają się głównie na liturgii Słowa Bożego. Tak obchodzą Uroczystość Bożego Ciała. Nie da się ukryć, że niektórym brakuje sakramentalnej obecności Chrystusa. Widać to bardzo wyraźnie podczas wyjazdów do wiosek w buszu. Nie da się opisać radości na każdej sprawowanej Mszy świętej.
Zwłaszcza starsi i dzieci cieszą się z tego, że mogą przyjmować Komunię. Dorośli, bowiem od czasu do czasu wybierają się na piechotę na misję do Zemio, gdzie Eucharystia sprawowana jest codziennie. Nawet kiedy jeden z kapłanów wyjeżdża do buszu, drugi zostaje na misji. Stąd też mieszkańcy Zemio są w jakimś stopniu uprzywilejowani. To do nich na święta schodzą się rodziny i znajomi z wiosek oddalonych czasami po kilkadziesiąt kilometrów, aby wziąć udział uroczystościach. Pamiętam takie spotkanie. Przed rozpoczęciem niedzielnej mszy, bo Boże Ciało przenosi się na niedzielę, siadłem na parę minut do konfesjonału. Przyszedłem do kościoła zanim jeszcze nie zeszli się nasi wierni. Tak sobie siedząc, zobaczyłem dorastającą dziewczynkę, która poderwała się z ławki i do mnie podeszła. Myślałem, że chce się wyspowiadać. Okazało się, że chce się najpierw ze mną przywitać. Podaje mi rękę i pyta się czy ją poznaję. Musiałem się przyznać, że nie bardzo. Przecież to ty mnie ochrzciłeś - odpowiedziała. Skąd pochodzisz? – zapytałem - z Banangi. Przyszłam tu do mojej ciotki i zostanę jeszcze parę dni w Zemio - powiedziała. Przeszła piechotą prawie osiemdziesiąt kilometrów. Zaledwie kilka lat temu misja Zemio prowadzona była przez Włochów. Nasi wierni nie byli przyzwyczajeni do polskich zwyczajów robienia procesji do czterech ołtarzy na zewnątrz kościoła. Będąc na misji z Afrykańczykiem, franciszkaninem z Zairu, nie chciałem gwałtownie zmieniać wszystkiego. Namówiłem ich jedynie do tego, aby zrobić wystawienie Najświętszego Sakramentu po zakończonej Mszy świętej.
Inaczej jest natomiast w sąsiedniej misji, gdzie po holenderskich Spirytynach, duszpasterstwo objęli sami Polacy. Tam wychodzi się z procesją do czterech ołtarzy poustawianych na głównych ścieżkach pomiędzy domami. Kapłan niesie Najświętszy Sakrament. Największą radość mają wtedy dzieci. Albowiem na co dzień muszą sobie same organizować swój wolny czas. Nie mają telewizji, czy gier komputerowych, a rodzice zajmują ich tylko pracą. To dla nich zaszczyt sobie pośpiewać i przejść się z dorosłymi w uroczystej procesji. Wiedzą o tym, że idzie z nimi ktoś bardzo ważny, przed kim kłaniają się nawet dorośli. Tak jak u nas w Polsce, chodzi się z Panem Jezusem odwiedzając zagrody. Jedyną różnicę stanowią ich domki pokryte afrykańską trawą i czarne twarze uczestników procesji. Bardzo dobrze się tam przyjął taki sposób obchodów Bożego Ciała. W rytmicznym śpiewie tamtamów miejscowi Chrześcijanie manifestują swoją wiarę, oddając cześć Bogu ukrytemu pod postacią chleba."
"Może nikt mi w to nie uwierzy, ale mamy tu dziś typowo angielską pogodę, jest mglisto, ponuro i na dodatek mży. Zegarki afrykańskie zwolniły jeszcze bardziej, ludzie na ulicę wychodzą jeśli muszą, tylko dzieciaki z parafialnej szkoły jakby nigdy nic kopią piłkę i tarzają się po tej mokrej, acz wysuszonej trawie. W Misji też dziś spokojniej, bo s.Alicja odwozi aspirantki do Meru, s.Makena w biurze robi rozliczenie parafialne, s.Kasia w wielkim świecie, tj. w Nairobi wciąż załatwia formalności związane z wyjazdem do Madrytu, nowicjuszka Monika ogarnia dom po wczorajszym trzęsieniu ziemi, a ja mam wreszcie czas, by usiąść, zrobić sobie kisielek i opisać to, co przez ostatnie dni się działo. Zaczęło się w sobotę, najpierw zakupy i szykowanie paczek żywnościowych dla kobiet pracujących w polu przy Misji, a później w wiosce zrobiło się wielkie poruszenie. Dwoje mzungu, tj. s.Alicja i ja, wyszło na drogę i zaczęło ogałacać z kwiatków wszystko okoliczne krzaki. Na bocznych drogach, nie wzbudzało to jeszcze takiej sensacji, ale kiedy dorwaliśmy się do zarośli przy asfalcie, zgromadziło się wokół nas mnóstwo ludzi, którzy mieli dobry temat do dysputy: co te białe człowieki tu robią? Dyskusja toczyła się w kimeru, więc trudno nam było wtrącić swoje pięć groszy, a zresztą i tak by nie zrozumieli, co to jest procesja Bożego Ciała.
Tak, to właśnie przygotowania do pierwszej w historii parafii Laare procesji z Najświętszym Sakramentem wzbudziły tyle sensacji. Do zbierania kwiatków zatrudniliśmy później dzieci, które ćwiczyły tańce na niedzielną uroczystość, one z wielką radością rzuciły się na wszystkie okoliczne drzewka. Tutaj uroczystość Bożego Ciała była przeniesiona na niedzielę. Tak samo będzie z Piotrem i Pawłem, których świętować będziemy dopiero trzeciego lipca w niedzielę. Podejrzewam, że ma to związek z tym, że Kenia jest krajem wielokulturowym i wielowyznaniowym, a Chrześcijanie stanowią tu zaledwie jakieś dwadzieścia procent.Ale wracając do naszej procesji, w niedzielę zaraz po śniadaniu, dzieci doniosły nam jeszcze trochę kwiatków, więc nazbierało się tego cztery kosze. Siostra wymyśliła, że fajnie byłoby przyozdobić dzieciaki jakimś wspólnym elementem, dlatego poświęciła jedną moskitierę, by zrobić dziewczynkom kokardy na głowy. Nam może się to wydawać śmieszne i obciachowe, ale tutaj zrobiły one furorę. Wszyscy udaliśmy się do publicznej szkoły Murungene, gdzie miała rozpocząć się procesja o godzinie 10. Godzinna obsuwa, to przecież żadne spóźnienie, dlatego zaczęliśmy po 11. Na placu nie zebrało się wiele osób, gdyby nie dziewczyny z liceum i dzieci sypiące kwiatki, to z bramy szkoły nie wyszłoby wiele osób, ale jak na pierwszą procesję to i tak było nie źle.
Była monstrancja, którą Siostra przywiozła rok temu z Polski, żeby nie trzeba już było nosić Pana Jezusa w szklance, był trybularz nieco już zdezelowany i świece, które nie chciały się palić, bo wiatr był za silny. Po drodze dołączali się kolejni ludzie, a inni się tylko przyglądali i myśleli sobie, co to za dziwy się dzieją w naszej wiosce? Mukembu, Mukembu, Mukembu (Święty), wołały dzieciaki, a wszyscy tak śpiewali, że serce mocniej biło. Ksiądz dzielnie dźwigał monstrancję bez niczyjej pomocy, na szczęście dystans ze szkoły do kościoła to jakieś 500 m. Po procesji rozpoczęła się uroczysta Msza Święta z licznymi śpiewami i tańcami, długimi procesjami i jeszcze dłuższymi przemowami, ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić. Było pięknie i uroczyście, a za rok, miejmy nadzieję, ludzie z wioski nie będą już się tak dziwować na widok zbieraczy kwiatków. Ledwie wróciliśmy po Mszy do domu, a już trzeba było zabrać się za przygotowanie innej imprezy. Raz do roku w odwiedziny do sióstr przychodzą kobiety z parafii, by wspólnie modlić się, śpiewać i pogawędzić. Tym razem zeszło się ich około 130, więc naszykowanie tylu miejsc do siedzenia przed domem, nie było prostą sprawą. Później skromny posiłek, herbatka, były nawet tańce, no i oczywiście przemowy… Kobiety przynoszą zawsze ze sobą skromny prezent w postaci tego co zbiorą u siebie w ogródku. Takim sposobem w magazynie znalazły się ponad dwa worki awokado, fasola różnego rodzaju, kukurydza, ryż, banany, nawet pędy trzciny cukrowej. Ogarnięcie tego wszystkiego zajęło nam sporo czasu, mimo iż było sporo rąk do pracy."



